Efektem ubocznym pasji muzycznych i rodzinnej nadgorliwości jest to, że nie możemy w czasie roku szkolnego wyjechać na weekend. Zajęcia dodatkowe blokują soboty. Nie jest to jakiś dramat, dzieci we Francji mają wakacje co siedem tygodni. Letnie skończyły się 5 września, a wakacje Wszystkich Świętych zaczęły 18 października. Można nawet powiedzieć, ż nie są to przerwy w toku nauk,i ale te nieliczne tygodnie nauki są przerwą w nieustających wakacjach. Statystycznie, dzieci w Europie spędzają w szkole 190 dni w roku, francuskie tylko 144. Podejrzewam, że jest to sposób na łagodne przejście do ciężkiej harówki opartej na tutejszym kodeksie pracy, czyli do sześciotygodniowego urlopu i siedmiogodzinnego dnia pracy. Dla nieprzyzwyczajonych dzieci mógłby być to zbyt duży szok.
Ale ucinając ta przydługi wstęp - nie możemy wyjechać w sobotę. Pozostały wycieczki niedzielne w promieniu do 200 km, max 300 km od Paryża. I tak to, wbijając cyrkiel i zataczając koło, wylądowaliśmy w Normandii.
Pięciu z siedmiu pytanych o rade paryskich tubylców wysłało do Honefleur, czterech do Étretat a wszyscy do Douville. To ostatnie skreśliliśmy bo jak wszyscy to my przekornie nie (tak naprawdę było najmniej "po drodze")
Etap pierwszy - Honefleur. Niby ładnie, niby fajny port, ale... coś nie grało. Atmosfera w miasteczku przypomina trochę lipcowe popołudnie w Kazimierzu nad Wisłą. Ludzie drepczą z minami mówiącymi "przyjechaliśmy bo mówili, że fajnie, pochodzimy trochę, zjemy coś i wracamy. Może rybkę zjemy, a może coś innego"
Najciekawsze okazało się być muzeum Eugène Boudin, który to w Honefleur się urodził (http://www.musees-honfleur.fr/musee-eugene-boudin.html) Na parterze muzeum ciekawa wystawa etnograficzna, na pięterku "Kobieta i morze" reszta to Boudin, czyli dla każdego coś miłego.
Szybki obiad - naprawdę nie ma o czym wspominać, sardynki próbowały mnie zamordować przez kolejne dwa dni, i wyruszyliśmy do Étretat.
I to było to. Dlatego warto było jechać. Poziom adrenaliny rośnie błyskawicznie, krew szybciej krąży w żyłach. Tak, spacer po klifach Étretat z dwójką małych oszołomów i mężem cierpiącym na lęk wysokości to coś co może zamienić leniwe niedzielne popołudnie w prawdziwy sport ekstremalny. Do tego turkusowe morze, szare niebo i białe skały. Zdeterminowane dzieci zaliczyły nawet krótką kąpiel. Jest morze, jest kąpiel.
Cóż z tego, że mamy sine wargi. Zresztą zimniejsze niż w Sobieszewie nie będzie. Dzieci zakupiły pamiątki. Starsze sześć puszek tuńczyka w różnych sosach, młodsze nazbierało kamieni. My kupiliśmy trzy butelki cydru. Potem natknęliśmy się na tabliczkę że nie wolno zabierać kamieni ponieważ chronią przed powodziami. Odnieśliśmy kamienie na plażę, nie możemy mieć na sumieniu zagłady tak pięknego miejsca.
Étretat jest piękne. Zobaczcie sami.
Ale ucinając ta przydługi wstęp - nie możemy wyjechać w sobotę. Pozostały wycieczki niedzielne w promieniu do 200 km, max 300 km od Paryża. I tak to, wbijając cyrkiel i zataczając koło, wylądowaliśmy w Normandii.
Pięciu z siedmiu pytanych o rade paryskich tubylców wysłało do Honefleur, czterech do Étretat a wszyscy do Douville. To ostatnie skreśliliśmy bo jak wszyscy to my przekornie nie (tak naprawdę było najmniej "po drodze")
Etap pierwszy - Honefleur. Niby ładnie, niby fajny port, ale... coś nie grało. Atmosfera w miasteczku przypomina trochę lipcowe popołudnie w Kazimierzu nad Wisłą. Ludzie drepczą z minami mówiącymi "przyjechaliśmy bo mówili, że fajnie, pochodzimy trochę, zjemy coś i wracamy. Może rybkę zjemy, a może coś innego"
Najciekawsze okazało się być muzeum Eugène Boudin, który to w Honefleur się urodził (http://www.musees-honfleur.fr/musee-eugene-boudin.html) Na parterze muzeum ciekawa wystawa etnograficzna, na pięterku "Kobieta i morze" reszta to Boudin, czyli dla każdego coś miłego.
Szybki obiad - naprawdę nie ma o czym wspominać, sardynki próbowały mnie zamordować przez kolejne dwa dni, i wyruszyliśmy do Étretat.
I to było to. Dlatego warto było jechać. Poziom adrenaliny rośnie błyskawicznie, krew szybciej krąży w żyłach. Tak, spacer po klifach Étretat z dwójką małych oszołomów i mężem cierpiącym na lęk wysokości to coś co może zamienić leniwe niedzielne popołudnie w prawdziwy sport ekstremalny. Do tego turkusowe morze, szare niebo i białe skały. Zdeterminowane dzieci zaliczyły nawet krótką kąpiel. Jest morze, jest kąpiel.
Cóż z tego, że mamy sine wargi. Zresztą zimniejsze niż w Sobieszewie nie będzie. Dzieci zakupiły pamiątki. Starsze sześć puszek tuńczyka w różnych sosach, młodsze nazbierało kamieni. My kupiliśmy trzy butelki cydru. Potem natknęliśmy się na tabliczkę że nie wolno zabierać kamieni ponieważ chronią przed powodziami. Odnieśliśmy kamienie na plażę, nie możemy mieć na sumieniu zagłady tak pięknego miejsca.
Étretat jest piękne. Zobaczcie sami.
![]() |
Normandia 2013 |
![]() |
Normandia 2013 |
![]() |
Normandia 201 |
![]() |
Normandia 2013 |
![]() |
Normandia 2013 |
![]() |
Normandia 2013 |