sobota, 21 września 2013

Muzyka sfer - a nogi bolą.

Dziesiąty sklep z nutami zaliczony. Muzyczne pasje mojej rodziny mnie wykończą. Jednak są plusy. Nowa bezcenna wiedza. Jeśli będę kiedyś chciała nabyć fortepian, skrzypce lub powiedzmy organy kościelne wiem gdzie się udać. Na rue de Rome jest wszystko. Podejrzewam że gdybym poprosiła o kwartet smyczkowy to uśmiechnięty sprzedawca  przyniósłby mi zapakowany w firmowy papier z zaplecza.

wtorek, 17 września 2013

Ćwiczenia z mentalności.

Wrzesień to trudny miesiąc dla rodziców. Czas podejmowania dramatycznych decyzji. Zapisujemy dziecko na angielski? Zapłacimy tysiaka za konie? Trening piłkarski o ósmej rano w sobotę? Czy zdążę po pracy, przed pracą, ewentualnie w trakcie? A może pływanie? czy coś.... plus logopeda. Ratunku!

Na skutek takich działań znalazłam się w Konserwatorium Miejskim na zebraniu dla rodziców przyszłych wirtuozów - uwaga ..... wiolonczeli. Uprzedzam i dementuję, nie był to mój pomysł i może innym razem napiszę dlaczego moje dziecko zapragnęło nagle grać na wiolonczeli właśnie. Zdaję sobie sprawę z tego że dosyć nikły procent dziewięciolatek budzi się pewnego dnia rano i oświadcza "Oh yeah, będę grać na wiolonczeli" Jednak....

Udało mi się w czerwcu wcisnąć dziecko na listę rezerwowych, w lipcu telefon że została przyjęta, we wrześniu zebranie.

Ćwiczenia praktyczne z mentalności wyglądały tak.

18:00
Ciasna, duszna, sala w konserwatorium zajęta była w połowie przez fortepian w połowie przez rodziców z dziećmi. Obecność dzieci powinna była wzbudzić od początku moją czujność. Francuzi jeśli  nie muszą, nie zabierają dzieci ze sobą. Nigdzie i nigdy. Chyba że do pediatry.  Jednak dzieci były, generowały dziecięcy chaos i jak się okazało zostały przyprowadzone w konkretnym celu. Rodzice wyglądali na dobrze zadomowionych, jednak odrobinę spiętych.

18:15
Zjawiają się prowadzący spotkanie. Kobieta -starsza i mężczyzna-młodszy.  Kobieta przedstawia mężczyznę mówiąc że pani X odeszła i oto jej następca. Ta-dam. Rodzice robią- Oooooo.... uśmiechając się jednocześnie z rezerwą głęboką jak kanał La Manche. "Nowy" się czerwieni i przechodzimy do przemowy.

18:20
Przemowa. Krótka, w założeniu, przeciąga się ponieważ dwoje rodziców nie rozumie zbyt dobrze francuskiego (to znaczy troje, ale ja się nie odzywam) kobieta ciągle prosi o powtórzenie a potem tłumaczy swojemu mężowi (chyba na wietnamski). Pozostali rodzice uśmiechają się nadal, ale czuję że napięcie sięga zenitu. Chyba ostrzą noże.

18:40
Przechodzimy do części praktycznej. Dane są: 25 uczniów, dwóch nauczycieli, dwa wieczory(od 17:30 do 21:00) i jeden poranek. Każdy uczeń ma w zależności od stopnia zaawansowania 30 min lub 45 min zajęć. Zadanie polega na ułożeniu planu zajęć tak aby dziecko A mogło zdążyć po szkole, pani B z pracy, dziecko C przed lekcjami rysunku...... i tak bez końca. I wtedy rozwiązuje się zagadka obecności dzieci. Zostały przyprowadzone w celu potwierdzenia wieku. "Proszę zobaczyć przecież takie małe dziecko nie może mieć lekcji o 19:00" Padają różne argumenty, achy, ochy, wzruszenia ramionami, lekka przepychanka przy stoliku a wszystko to z uśmiechem na ustach.
Chouette!
Jak to mówiła moja babcia "Dziurki nie ma krew wypita"

Skuteczne okazały  się dwie strategie. Moja, czyli obstawienie najmniej popularnej godziny, takiej której nikt nie chce. Oraz ta wietnamskiej pary. Kobieta po prostu pokazała interesujące ją okienko na liście i stała dopóki nie została zapisana. Wszyscy chyba przestraszyli się że może znowu zacząć zadawać pytania.  Zadowoleni wyszliśmy z sali zostawiając za sobą uśmiechnięte piekło.

Tak nauczyłam się jak walczyć do pierwszej krwi ze słodkim uśmiechem na ustach. Po prostu Francja-elegancja.

Mam tylko nadzieją że się opłacało i kiedyś moja wiolonczelistka zagra starej matce kawałki Janerki :)

środa, 11 września 2013

poniedziałek, 9 września 2013

"Młodzież polska na tułactwie..."

I tak oto, w minionym tygodniu tytułowa "młodzież polska" rozpoczęła kolejny rok nauki w Szkole Polskiej w Paryżu, zwanej też Zespołem Szkół przy Ambasadzie lub Szkolnym Punktem Konsultacyjnym. Nazw w sieci (i stron szkoły) jest kilka, nie wiem która jest obowiązująca.
W pięknym wrześniowym słońcu, na dziedzińcu szkoły, po hymnie, słuchaliśmy o tradycji, trudzie nauczycieli i uczniów. Po mojej głowie snuły się natrętne myśli - "Jakby tu wrócić do łóżka? Co ja tu robię o 8:00? Może uda się zdrzemnąć w parku! Po co ja wstałam o 6:00? Zostawię dzieci i wracam spać, może same trafią do domu."
I nagle uświadomiłam sobie, że w "mowie na otwarcie" czegoś zabrakło. Że to nie tradycja, nie trud nauczycieli (niczego im nie ujmując, doceniam tradycję i podziwiam kadrę), nawet nie uczniowie, ale to rodzice tworzą "szkołę na tułactwie". Wstają o morderczych godzinach, urywają się z pracy, walczą z dzieckiem, z metrem, z parkowaniem.  Dlaczego?  Muszą mieć silną motywację, nie ma obowiązku wysyłania dziecka do polskiej szkoły. Hipotetycznie mogliby wszyscy stwierdzić - "Koniec! Nie wstaję!" Szkoła musiałaby po prostu zawiesić działalność i żadna Tradycja by tu nic nie wskórała. A może to właśnie ona sprawia, że rodzicom jednak się chce? Nie wiem.
Czy szkoły narodowe mają jeszcze sens?
Co zrobić z potomstwem które stwierdza, że woli basen od polskiej szkoły?
Albo takim, które ogłasza, że jednak jest francuzem, bo mają lepszą drużynę piłkarską? (to mnie akurat nie dziwi)
Tego też nie wiem.
Jednak odrzucając "szkiełko", przyznam się, że słuchanie dzieci, które recytują wiersze Tuwima "na paryskim bruku" wzrusza mnie niezmiernie i zdarza mi się nawet uronić łzę.

Wszystkim rodzicom - i sobie również - życzę żeby nam się jednak chciało. Dzieci kiedyś odpowiedzą sobie na pytanie czy miało miało to sens.

wtorek, 3 września 2013

Rozpoczęcie Roku Szkolnego jednym słowem-La Réntree.




La Rentrée czyli początek roku szkolnego. Czasami odnoszę wrażenie że rok kalendarzowy też zaczyna się we Francji tego magicznego dnia. Gazety są pełne porad jak możemy zmienić swoje życie zaczynając właśnie od "la rentrée", w magazynach sesje zdjęciowe inspirowane modą szkolną, w księgarniach zalew rodzinnych agend liczących czas od września do września. To dzień w którym należy zapomnieć o wakacjach i z podniesionym czołem stanąć oko w oko z nowym rokiem szkolnym. Dotyczy to oczywiście tylko uczniów, ich rodziców, nauczycieli, opiekunek, trenerów czyli przynajmniej połowy społeczeństwa.

Do już drugie rozpoczęcie roku szkolnego moich dzieci we Francji. Tym razem wszystko poszło jak po maśle. Po prostu zabrały plecaki, przeszły na drugą stronę ulicy i zniknęły w czeluściach szkoły. W porównaniu z poprzednim rokiem-bajka, bowiem "la rentrée" 2012 było raczej tragifarsą.

La Rentrée 2012
Zajęcia zaczynały się czwartego września. Dzień wcześniej na budynku szkoły do której złożyliśmy dokumenty zostały wywieszone listy klas. Oczywiście bez nazwisk  naszych dzieci. Dwa poprzednie miesiące upłynęły nam na próbach załatwienia formalności. Taka typowa francuska zabawa: nie możesz zapisać dziecka do szkoły bo nie masz numeru z CAF, nie masz numeru z CAF bo nie masz numeru z Securite, nie masz numeru z Securite bo dziecko nie chodzi do szkoły. Jest to rodzaj gry której zasady przyswaja się jednak dosyć szybko, chociaż trzeba porzucić próby zrozumienia i postawić na ośli upór.
Więc dzień przed "bardzo ważnym dniem" nie wiedzieliśmy czy nasze dzieci są do jakiejkolwiek szkoły zapisane. Staliśmy przed budynkiem, czytając list po raz czwarty i zastanawiając się co teraz?
Tak zastał nas "le gardien" czyli człowiek w funkcji naszego woźnego połączonego z administracją "i wszystkim co jest ważne w szkole" a jak się później okazało także "drugi po Bogu". Powiedział żeby się nie martwić, że umówi nas jutro na spotkanie z dyrektorem i "się zobaczy".
Następnego poszliśmy z naszą pięknie wystrojoną córką na rozpoczęcie roku którego nie było. Dzieci ubrane w podkoszulki po prostu weszły do klas. My czekaliśmy na mityczne spotkanie uzbrojeni w różnego rodzaju dokumenty i zaświadczenia. W głowie układałam sobie okrągłe francuskie zdania a dziecko coraz bardziej zlewało się kolorem twarzy z irracjonalnie białą bluzką z żabotem.
Dyrektor przyszedł po 40 min, powiedział że skontaktował się z Maison de la Famille i że zabiera Ninę na lekcje. Zdołałam tylko powiedzieć że moje dziecko nie mówi po francusku. Na co dyrektor odpowiedział "No trudno, to się nauczy". Wtedy twarz córki ostatecznie przybrała kolor zielony. W tym czasie dziecko drugie leżało w domu z czterdziestostopniową gorączką i ostatecznie zaczęło rok szkolny od pierwszej wizyty na izbie przyjęć pobliskiego szpitala.

La Rentrée 2013
Dzisiaj było bardzo spokojnie. Bez białych bluzek, słów o tym jak nienawidzą Francji i skwaszonych min, przychówek w dżinsach i trampkach pomaszerował do szkoły ciągnąc za sobą wypchane tornistry na kółkach.




poniedziałek, 2 września 2013

Wyprawka kontra wyprawka.


Czyli odgrzewane kotlety. Zdjęcia zamieszczałam w czerwcu na Facebooku. 
W związku z dzisiejszą datą- rozpoczęciem roku szkolnego w Polsce-małe podsumowanie tematu wyprawki.
Cały (no prawie) dzień upłyną na kompletowaniu tej do szkoły francuskiej. Bardzo precyzyjne listy rozdawane są dzieciom w czerwcu. Długopis-czarny, czerwony, zielony. Teczka-żółta i szara, ołówki trzy i pióro w korektorem, 4 zakreślacze. Itp. itd. O dziwo na liście nie ma żadnego podręcznika. Nie ma, ponieważ w "biednej" Francji dzieci dostają je ze szkoły, używają przez rok, po czym oddają żeby mogły z nich skorzystać inne dzieci. W "bogatej" Polsce rodzice kupują podręczniki, dzieci z nich korzystają albo i nie, po czym podręcznik trafiają do kosza. Jako rodzic ucznia "polsko-francuskiego" nabyłam poza wyprawką francuską komplet podręczników polskich. Po raz kolejny zapłakałam nad ich zawartością i szatą graficzną.




Zacznijmy od wagi. Francuski podręcznik na jeden semestr waży 488g i jest "podawany dalej"
Polski komplet podręczników i "nie wiadomo czego" waży 4kg300g i ląduje w koszu. Pakiety wypchane są "sztucznymi bytami" w postaci wycinanek, ćwiczeń do informatyki a opisami "jednostek centralnych", osobnymi zeszytami do pisania, rysowania i Bóg wie czego. Większość nauczycieli z tego i tak nie korzysta i  tony kredowego papieru lądują w czerwcu na wysypiskach.




Zawartości podręczników nie da się w zasadzie porównać. Po części wynika to z różnic programowych, po części z tego że "polskie dzieci rozwijają się cztery razy wolniej od francuskich". Inaczej nie jestem w stanie wytłumaczyć sobie tego że mój syn w szkole francuskiej w ostatnim miesiącu pierwszej klasy poznawał Iliadę i mity greckie a w polskiej.. no cóż. Polecam analizę treści ostatnich stron podręcznika polskiego. (fot. powyżej)

Dla porównania Nauka czytania "Litery" z lat 80. Książka ma 30 lat i jest bardziej nowoczesna niż prezentowane powyżej "pakiety"edukacyjne. Dobre liternictwo, zabawne rysunki, historyjki obrazkowe które są zabawne nawet dla naszych "elektronicznych" dzieci.
Porównanie treści też robi przygnębiające wrażenie. Okazuje się że w latach osiemdziesiątych po roku nauki dzieci były w stanie poznać literkę "Ź" czytając krótkie opowiadanie. Dzieci współczesne siedząc na gałęzi mogą z rozpaczy wbić sobie ołówek w oko.





To już ostatni "jęczący post". Jutro wracamy do rzeczywistości.
Szkolnej, paryskiej, naszej sielskiej podparyskiej, biurowej i innej, jaką kto tam dysponuje.