Taki tam fajans.
![]() |
Paris 2013 |
wtorek, 17 grudnia 2013
czwartek, 12 grudnia 2013
Look Book 2013/2014
Nie przepadam za zakupami chociaż lubię sklepy, szczególnie paryskie, po prostu są ładne i maja ładne witryny. Tytuł tego posta nie oznacza wcale, że zmieniłam profil bloga. Szafiarką nie będę. Jednak w życiu każdego człowieka przychodzi chwila, w której musi się udać do sklepów z odzieżą. Powody są właściwie dwa. Pierwszy, nie można dłużej ignorować faktu, że ostatnie zapinające się w pasie spodnie dziecka stały się rybaczkami, a rękawki ostatniego sweterka bez plam sięgają do łokcia. Drugi powód, to zbliżająca się "okazja". Może to być jakaś impreza, święta, rozmowa o pracę. Właśnie zbliża się Boże Narodzenie, zrobiło się zimno i nie wiadomo gdzie są rękawiczki, wiec jest i okazja i potrzeba. Wyruszyłam do miasta. Rękawiczki, szaliczki zostały zakupione. Choinka w Lafajecie obfotografowana. W produkcji szarych bluzek i swetrów nie dokonał się dramatyczny przełom więc żadnych więcej zakupów nie poczyniłam.
Więc cóż takiego, wartego posta się wydarzyło?
Więc cóż takiego, wartego posta się wydarzyło?
Podczas tej wyprawy odkryłam, że mój mąż jest już "démodée". Z każdego stoiska, katalogu, plakatu patrzył na mnie błędnym wzrokiem zarośnięty, wychudzony południowiec. Taki cookain-żul look w wersji męskiej. Ja oczywiście zdaje sobie sprawę jak trudno jest taki efekt osiągnąć. Nie wystarczy po prostu przestać się golić i rzucić jedzenie. Długo podziwiałam finezję grzywek, bródek, brod i fal romantycznie opadających na czoło. Jest z tym na pewno sporo pracy. Otwiera się rynek usług (czy fryzjer zajmujący się brodami to golibroda?) kosmetyków, urządzeń do przycinania i układania.
Pogłębione przeszukiwanie sieci po powrocie do domu potwierdziły wyniki badań terenowych. Opisany wyżej model okazał się być obowiązujący na wszystkich poziomach modowej piramidy. I nie tylko. W motoryzacji również. Od McQueen przez H&M po Opla. Nawet polska Vistula. W tym przypadku model był importowany. I tu jest pies pogrzebany. Dyskretnie oceniłam szanse mojego, słowiańskiego do bólu, małżonka. Bez szans na bycie modnym w tym sezonie. Musi się z tym pogodzić i czekać na zmianę trendu. Próby wyhodowania romantycznej grzywki upodobniłyby go prawdopodobnie do Piasta Kołodzieja.
wtorek, 10 grudnia 2013
niedziela, 8 grudnia 2013
Na wystawę z dziećmi, czy "wystawić dzieci do wiatru"? Pierre Huyghe w Centrum Pompidou.
![]() |
Pierre Huyghe 2013 Centre Pompidou
Odpowiedź na pytanie postawione w tytule nie jest oczywista. Zabieranie dzieci na wystawy komplikuje życie. Pomijając oczywiste problemy logistyczne, typu zawieźć, rozpakować, oprowadzić, zapakować, odwieźć, czyhają na nas pułapki, które mogą zmienić leniwą niedzielę w muzeum w Zemstę Montezumy level 5.
UWAGA NIEBEZPIECZEŃSTWO.
Sztuka bywa niebezpieczna dla dzieci. Mogą się uderzyć w głowę fragmentem instalacji, wejść w ekran, włożyć palec w rzeźbę i oczywiście połknąć tysiąc wirusów i bakterii, które przywożą z całego świata do paryskich muzeów i galerii turyści.
Dzieci są niebezpieczne dla sztuki. Pobyt w galerii z dzieckiem - szczególnie do lat czterech - stwarza zagrożenie dla .... właściwie dla każdego rodzaju sztuki. Zniszczeniu może ulec właściwie wszystko, a za szkody jak wiadomo odpowiadają rodzice. Dlatego najlepiej przed wizytą sprawdzić czy artysta jest "drogi". Jeśli jest, dziecko do lat czterech przypiąć do wózka dwa razy sprawdzając czy nie jest w stanie się wyswobodzić. Starsze poinformować o wartości dzieł, najlepiej odnosząc się do czegoś bliskiego dziecku. "Ten obraz, kochanie, to 350 lat Twojego kieszonkowego". To zawsze robi wrażenie.
Na mnie wrażenie za to zrobiła moja dwuletnia wówczas córka, która zanim zdążyłam dopaść szkaradę, poodbijała rączki w piasku wieńczącym jedną z rzeźb Mirosława Bałki w CSW w Warszawie. Piasek to piasek,wiadomo do czego służy. Na szczęście po zbesztaniu mnie za to, że z dzieckiem przyszłam do galerii, pani pilnująca wystawę "usypała" rzeźbę ponownie.
Dzieci i sztuka to mieszanka niebezpieczna dla rodziców. Sztuka prowokuje dzieci do zadawania pytań. Musimy się liczyć z tym, że możemy być zapytani właściwie o wszystko. Po co? Jak? Dlaczego? Skąd? W tym momencie możemy zastosować trzy strategie. Żeby je przybliżyć posłużę się powyższym zdjęciem.
"Dlaczego pies ma różową łapę?" Pierwsza. Zrzucamy wszystko na Artystę i jego problemy. Jeśli był alkoholikiem, narkomanem to na uzależnienia. Dobre są też traumy z dzieciństwa. Wojna. Choroba jego, bądź rodziny. "Pies symbolizuje artystę, a on cierpi z powodu zapalenia nadgarstka w prawej ręce dlatego pomalował łapę swojego psa na różowo" Jeśli nie wiemy nic na temat problemów artysty możemy strzelać w ciemno. Prawdopodobieństwo; że artysta nie był uzależniony, miał szczęśliwe dzieciństwo, jest zdrowy i nie przeżył żadnej wojny jest naprawdę bardzo małe. Druga. Opisujemy to co widzimy. "Z prawej strony jest pies, który ma różową łapę, pomalowaną różową farbą, właściwie to nie róż a magenta" Pytanie "dlaczego ?" staramy się ignorować. Trzecia. Przechodzimy do ataku zadając mnóstwo pytań mających zmylić przeciwnika. Czy pies jest ssakiem? Jak mówimy pies po francusku? A po angielsku? Co jedzą psy? Gdzie mieszkają? Jest oczywiście taka możliwość, że wiemy coś lub mamy jakieś przemyślenia na temat tego co widzimy. W tym przypadku spokojnie odpowiadamy na pytania licząc na łaskę. Jeśli nie wiemy, przyznajemy się do tego. Każda ściema spowoduje otwarcie się zapadni i spadniemy na poziom niżej. Żarty, żartami. Teraz na poważnie. Najlepiej po prostu zapytać dzieci. Ich interpretacja tego co widzą może nas niespodziewanie przenieść do innej planszy. Może nawet zmienić reguły gry. Wycieczka do galerii czy muzeum może powodować problemy zupełnie innego rodzaju. Czasami sztuka po prostu nie jest dla dzieci. Nie odważę się tu wyznaczać granic tego gdzie dziecko można zabrać i co pokazywać a czego nie. Rzadko spotykamy się z ostrzeżeniem "Uwaga nie dla dzieci" w galeriach czy muzeach. Nie funkcjonuje tu system podobny do tego który znamy z telewizji. Zresztą nie wyobrażam sobie kto mógłby przyklejać czerwony kwadracik na drzwiach galerii. Warto jednak zachować ostrożność. Sztuka to nie Disney Channel. Możemy stanąć, trzymając naszą pociechę za rękę, oko w oko z obrazami przesyconymi przemocą, seksem, śmiercią. I odnosi się to nie tylko do sztuki nowszej i najnowszej. Wspomniana wyżej córka (stara wyjadaczka) bardzo ciężko przeżyła spotkanie ze średniowieczną rzeźbą. Przedstawienia Chrystusa ociekającego krwią nie są tym, co trzylatki lubią najbardziej. Dlaczego ten post ilustrują zdjęcia z wystawy Pierre Huyghe? Po prostu warto odwiedzić ją z dziećmi. Nie jest to sztuka dla dzieci. Prace Huyghe są jak bajki opowiedziane językiem, który doskonale rozumieją dzieci. Bajki bez nachalnego morału, ale za to prowokujące do stawiania pytań. Dlaczego pies ma różową łapę? Pierre Huyghe 25 wrzesień 2013 - 6 styczeń 2014 Galerie sud - Centre Pompidou, Paris info o wystawie |
![]() |
Pierre Huyghe 2013 Centre Pompidou |
![]() |
Pierre Huyghe 2013 Centre Pompidou |
![]() |
Pierre Huyghe 2013 Centre Pompidou |
![]() |
Pierre Huyghe 2013 Centre Pompidou |
![]() |
Pierre Huyghe 2013 Centre Pompidou |
![]() |
Pierre Huyghe 2013 Centre Pompidou |
![]() |
Pierre Huyghe 2013 Centre Pompidou |
wtorek, 3 grudnia 2013
1001 wież (n°14)
![]() |
Paris 2013 |
![]() |
Paris 2013 |
niedziela, 24 listopada 2013
Dwujęzyczność - i co dalej?
Całkiem niedawno, pewien czytelnik mojego bloga (tak, są nawet tacy którzy do mnie piszą) zapytał jak radzimy sobie z dwujęzycznością dzieci. No cóż, zadumałam się chwilę, nabrałam dystansu i powtórzyłam pytanie na głos: "Jak my sobie właściwie z tą dwujęzycznością radzimy?" Bo to, że mamy dwujęzyczne dzieci to już nie jest hipoteza, to jest fakt.
Oczywiście, dzieci nie były dwujęzyczne od początku swojego życia. Do Francji przyjechaliśmy rok temu. Dzieci rozpoczęły naukę w szkole znając po francusku wierszyk o myszce i piosenkę o kurce. Nina w CE2, czyli polskiej "trzeciej", Felek w CP, czyli w "pierwszej". Do przeprowadzki przygotowywaliśmy się prawie 8 miesięcy i w tym czasie oboje chodzili na kurs do TPPF (ten tajemniczy skrót to Towarzystwo Przyjaźni Polsko-Francuskiej) i stąd znajomość wierszyków. Oprócz tego oglądały kreskówki na DVD. Jaki to miało wpływ na ich edukację w normalnej, francuskiej podstawówce? Nie mam pojęcia. Być może w niczym nie pomogło. Na pewno nie zaszkodziło, ponieważ po pięciu miesiącach spędzonych w szkole mówili już bardzo ładnie.
W czasie ferii zimowych jeszcze był problem z akcentem. Nina strasznie przeżywała to, że dzieci na świetlicy ciągle pytają dlaczego tak dziwnie mówi. Natomiast pod koniec roku szkolnego po pięknym wschodnim akcencie zostało tylko wspomnienie. Ja go nie słyszę (ale w tym temacie nie jestem wyrocznią), sąsiedzi też potwierdzają że nie. Chociaż może nie trzeba im wierzyć, bo to Francuzi, a oni zawsze starają się być mili :).
Poniższy film jest poniekąd dowodem. Klasa Niny nagrywała go w maju, kiedy ona (Nina) nie miała już żadnych problemów z językiem, śpiewała razem ze wszystkimi.
Tak więc, systemem dworskim, edukacja dzieci odbywa się po francusku. Dodatkowo chodzą do szkoły polskiej. Dzięki temu Felek nauczył się czytać i pisać w języku ojczystym. Ale.....z tym pisaniem i czytaniem bywa różnie. Widać ogromną różnicę między nim a siostrą, która przebrnęła przez dwie klasy podstawówki w Warszawie. Po polsku czyta wolniej niż po francusku, robi dużo błędów- we francuskim mniej - nawet nie wiem czy są to błędy ortograficzne. Po prostu pisze polskie słowa po francusku. Tata ma na imię "Pshemec" i już. Jak ktoś mądry to się domyśli.
Częściej brakuje mu słów i składa zdania z dwóch języków. Po prostu nie zna niektórych słów po polsku. Zaczyna wtedy tłumaczyć. "To jest takie coś, że w zimie wilki biegają po lesie. Razem biegają. Dużo wilków i małe też" - po paru minutach spływa na ciebie światło i wiesz, że chodzi o watahę.
Dziwne jest też to, że po polsku miał wszystkie możliwe wady wymowy. Do dzisiaj nie wymawia polskiego "r" i ma problem z "sz" i "cz". Po francusku nie ma żadnej wady. Dochodzę do wniosku, że on po prostu urodził się w Warszawie przez pomyłkę. Zawsze był Francuzem. ;)
Jak sobie z tym radzimy. Nie mamy żadnego master-planu. Raczej staramy się reagować na bieżąco.
My, dorośli, między sobą mówimy po polsku. Dzieci raz mówią po polsku, raz po francusku. Między sobą coraz częściej w tym drugim języku. Zasada jest jedna. Nie mieszamy języków. Konsekwentnie poprawiamy błędy w polskim, w składni, tropimy kalki językowe - "robienie sportu" "branie zdjęcia i pociągu" itp. Myślę że gdybyśmy teraz wrócili do Polski na poziomie językowym nie byłoby większego problemu. I ten stan, mam nadzieję, że się utrzyma.
Jak będzie wyglądała Europa za piętnaście lat, kiedy nasze dzieci zaczną szukać pracy, nikt nie wie. Wszystkie prognozy na przyszłość mogą okazać się funta kłaków warte. Może Polska będzie w końcu potęgą od morza do morza. Jakby nie było i polski i francuski to języki dwóch dużych narodów. Więc ich znajomość raczej zawsze będzie fajnie wyglądała w CV. Jeśli dodamy jeszcze kilka mniejszych państw i połowę Afryki która mówi po francusku to bilans jest zdecydowanie dodatni.
Dwujęzyczność nie spędza mi snu z powiek. Znam wiele osób dwujęzycznych, kilka posługujących się od wczesnego dzieciństwa trzema językami. Mają oczywiście bardzo różne charaktery, prezentują różne postawy wobec życia, ale jakoś zawsze tak się składa, że to bardzo ciekawi i twórczy ludzie. Emigracja, przeprowadzki, nowe środowisko uczy otwartości, daje zastrzyk energii, otwiera horyzonty. Jasne, na drugim końcu są problemy ze znalezieniem swojego miejsca, tożsamością. Ale o tym nie przesądza ani dwujęzyczność ani emigracja. Sprawa jest bardziej złożona. Czasami większe problemy z tożsamością mają ludzie którzy przeprowadzą się do sąsiedniego miasta, niż Ci którzy zmieniają kontynenty.
Jeśli macie ochotę na więcej teorii http://dziecidwujezyczne.blogspot.fr. Z tego bloga dowiedziałam się, że naszą przypadłością jest "dwujęzyczność sekwencyjna" oraz tego, jakie mogą być jej skutki. I zrobiło się strasznie. Wizja tego, że stracę kontakt z dziećmi i uznają mnie one niebawem za powód do "obciachu" podziałała mobilizująco. Od dzisiaj sypiam z Becherelle.
Oczywiście, dzieci nie były dwujęzyczne od początku swojego życia. Do Francji przyjechaliśmy rok temu. Dzieci rozpoczęły naukę w szkole znając po francusku wierszyk o myszce i piosenkę o kurce. Nina w CE2, czyli polskiej "trzeciej", Felek w CP, czyli w "pierwszej". Do przeprowadzki przygotowywaliśmy się prawie 8 miesięcy i w tym czasie oboje chodzili na kurs do TPPF (ten tajemniczy skrót to Towarzystwo Przyjaźni Polsko-Francuskiej) i stąd znajomość wierszyków. Oprócz tego oglądały kreskówki na DVD. Jaki to miało wpływ na ich edukację w normalnej, francuskiej podstawówce? Nie mam pojęcia. Być może w niczym nie pomogło. Na pewno nie zaszkodziło, ponieważ po pięciu miesiącach spędzonych w szkole mówili już bardzo ładnie.
W czasie ferii zimowych jeszcze był problem z akcentem. Nina strasznie przeżywała to, że dzieci na świetlicy ciągle pytają dlaczego tak dziwnie mówi. Natomiast pod koniec roku szkolnego po pięknym wschodnim akcencie zostało tylko wspomnienie. Ja go nie słyszę (ale w tym temacie nie jestem wyrocznią), sąsiedzi też potwierdzają że nie. Chociaż może nie trzeba im wierzyć, bo to Francuzi, a oni zawsze starają się być mili :).
Poniższy film jest poniekąd dowodem. Klasa Niny nagrywała go w maju, kiedy ona (Nina) nie miała już żadnych problemów z językiem, śpiewała razem ze wszystkimi.
Tak więc, systemem dworskim, edukacja dzieci odbywa się po francusku. Dodatkowo chodzą do szkoły polskiej. Dzięki temu Felek nauczył się czytać i pisać w języku ojczystym. Ale.....z tym pisaniem i czytaniem bywa różnie. Widać ogromną różnicę między nim a siostrą, która przebrnęła przez dwie klasy podstawówki w Warszawie. Po polsku czyta wolniej niż po francusku, robi dużo błędów- we francuskim mniej - nawet nie wiem czy są to błędy ortograficzne. Po prostu pisze polskie słowa po francusku. Tata ma na imię "Pshemec" i już. Jak ktoś mądry to się domyśli.
Częściej brakuje mu słów i składa zdania z dwóch języków. Po prostu nie zna niektórych słów po polsku. Zaczyna wtedy tłumaczyć. "To jest takie coś, że w zimie wilki biegają po lesie. Razem biegają. Dużo wilków i małe też" - po paru minutach spływa na ciebie światło i wiesz, że chodzi o watahę.
Dziwne jest też to, że po polsku miał wszystkie możliwe wady wymowy. Do dzisiaj nie wymawia polskiego "r" i ma problem z "sz" i "cz". Po francusku nie ma żadnej wady. Dochodzę do wniosku, że on po prostu urodził się w Warszawie przez pomyłkę. Zawsze był Francuzem. ;)
Jak sobie z tym radzimy. Nie mamy żadnego master-planu. Raczej staramy się reagować na bieżąco.
My, dorośli, między sobą mówimy po polsku. Dzieci raz mówią po polsku, raz po francusku. Między sobą coraz częściej w tym drugim języku. Zasada jest jedna. Nie mieszamy języków. Konsekwentnie poprawiamy błędy w polskim, w składni, tropimy kalki językowe - "robienie sportu" "branie zdjęcia i pociągu" itp. Myślę że gdybyśmy teraz wrócili do Polski na poziomie językowym nie byłoby większego problemu. I ten stan, mam nadzieję, że się utrzyma.
Jak będzie wyglądała Europa za piętnaście lat, kiedy nasze dzieci zaczną szukać pracy, nikt nie wie. Wszystkie prognozy na przyszłość mogą okazać się funta kłaków warte. Może Polska będzie w końcu potęgą od morza do morza. Jakby nie było i polski i francuski to języki dwóch dużych narodów. Więc ich znajomość raczej zawsze będzie fajnie wyglądała w CV. Jeśli dodamy jeszcze kilka mniejszych państw i połowę Afryki która mówi po francusku to bilans jest zdecydowanie dodatni.
Dwujęzyczność nie spędza mi snu z powiek. Znam wiele osób dwujęzycznych, kilka posługujących się od wczesnego dzieciństwa trzema językami. Mają oczywiście bardzo różne charaktery, prezentują różne postawy wobec życia, ale jakoś zawsze tak się składa, że to bardzo ciekawi i twórczy ludzie. Emigracja, przeprowadzki, nowe środowisko uczy otwartości, daje zastrzyk energii, otwiera horyzonty. Jasne, na drugim końcu są problemy ze znalezieniem swojego miejsca, tożsamością. Ale o tym nie przesądza ani dwujęzyczność ani emigracja. Sprawa jest bardziej złożona. Czasami większe problemy z tożsamością mają ludzie którzy przeprowadzą się do sąsiedniego miasta, niż Ci którzy zmieniają kontynenty.
Jeśli macie ochotę na więcej teorii http://dziecidwujezyczne.blogspot.fr. Z tego bloga dowiedziałam się, że naszą przypadłością jest "dwujęzyczność sekwencyjna" oraz tego, jakie mogą być jej skutki. I zrobiło się strasznie. Wizja tego, że stracę kontakt z dziećmi i uznają mnie one niebawem za powód do "obciachu" podziałała mobilizująco. Od dzisiaj sypiam z Becherelle.
poniedziałek, 18 listopada 2013
Idzie zima.
Zmartwychwstałam po dwutygodniowej chorobie i, prawie tak jak naszych drogowców, zaskoczyła mnie zima. No, może trochę przesadzam ale przez ten czas kiedy dreptałam między apteką, lekarzem i łóżkiem zdążyły opaść liście, a wesołe dynie na sklepowych wystawach zostały znienacka zamienione na choinki i sarenki.
Uśmiechnięta - to trochę tak jakby uśmiechać się na pogrzebie - francuska pogodynka poinformowała wieczorem, że ciepło to już było i spadnie śnieg. Śniegu obawiam się najmniej. W zeszłym roku zapowiadała śnieg od grudnia a spadł w marcu. Oczywiście zaraz po tej pierwszej ciepłej sobocie, kiedy wszyscy kupiliśmy kwiaty do wiosennej reanimacji ogródków. Okazuje się, że wieszczenia pogodynek są na podobnym poziomie w obu bliskich mi krajach. I co bardziej zadziwiające, wyniki ostatnich meczów reprezentacji piłkarskich też.
Na otarcie łez ostatnie słoneczne kadry. Dalie w Parc Floral. Niecałe dwa tygodnie temu.
![]() |
Vincennes 2013 |
niedziela, 3 listopada 2013
Paryskie Zaduszki czyli lamerzy w akcji.
W Zaduszki postanowiliśmy, zgodnie z tradycją, odwiedzić cmentarz. Własnych "grobów " w Paryżu nie mamy. Jeśli jakiemuś dalekiemu krewnemu zdarzyło się zejść z tego świata we Francji to zapomniał nas o tym poinformować. Na szczęście na brak Polaków (tych wielkich i tych małych) na paryskich cmentarzach nie można narzekać. Wybraliśmy Pere Lachaise. Cel jasny i klarowny- grób Fryderyka.
Niestety, nastrojowa, wieczorna przejażdżka po zalanych deszczem ulicach zakończyła się rozczarowaniem. Okazało się że w tym pogańskim mieście cmentarze zamykane są o 18:00 i to że są Zaduszki niczego nie zmienia. Tak wygląda cmentarna brama o 18:14.
Niestety, nastrojowa, wieczorna przejażdżka po zalanych deszczem ulicach zakończyła się rozczarowaniem. Okazało się że w tym pogańskim mieście cmentarze zamykane są o 18:00 i to że są Zaduszki niczego nie zmienia. Tak wygląda cmentarna brama o 18:14.
![]() |
Paris 2013 |
poniedziałek, 28 października 2013
W zasięgu niedzieli. Normandia.
Efektem ubocznym pasji muzycznych i rodzinnej nadgorliwości jest to, że nie możemy w czasie roku szkolnego wyjechać na weekend. Zajęcia dodatkowe blokują soboty. Nie jest to jakiś dramat, dzieci we Francji mają wakacje co siedem tygodni. Letnie skończyły się 5 września, a wakacje Wszystkich Świętych zaczęły 18 października. Można nawet powiedzieć, ż nie są to przerwy w toku nauk,i ale te nieliczne tygodnie nauki są przerwą w nieustających wakacjach. Statystycznie, dzieci w Europie spędzają w szkole 190 dni w roku, francuskie tylko 144. Podejrzewam, że jest to sposób na łagodne przejście do ciężkiej harówki opartej na tutejszym kodeksie pracy, czyli do sześciotygodniowego urlopu i siedmiogodzinnego dnia pracy. Dla nieprzyzwyczajonych dzieci mógłby być to zbyt duży szok.
Ale ucinając ta przydługi wstęp - nie możemy wyjechać w sobotę. Pozostały wycieczki niedzielne w promieniu do 200 km, max 300 km od Paryża. I tak to, wbijając cyrkiel i zataczając koło, wylądowaliśmy w Normandii.
Pięciu z siedmiu pytanych o rade paryskich tubylców wysłało do Honefleur, czterech do Étretat a wszyscy do Douville. To ostatnie skreśliliśmy bo jak wszyscy to my przekornie nie (tak naprawdę było najmniej "po drodze")
Etap pierwszy - Honefleur. Niby ładnie, niby fajny port, ale... coś nie grało. Atmosfera w miasteczku przypomina trochę lipcowe popołudnie w Kazimierzu nad Wisłą. Ludzie drepczą z minami mówiącymi "przyjechaliśmy bo mówili, że fajnie, pochodzimy trochę, zjemy coś i wracamy. Może rybkę zjemy, a może coś innego"
Najciekawsze okazało się być muzeum Eugène Boudin, który to w Honefleur się urodził (http://www.musees-honfleur.fr/musee-eugene-boudin.html) Na parterze muzeum ciekawa wystawa etnograficzna, na pięterku "Kobieta i morze" reszta to Boudin, czyli dla każdego coś miłego.
Szybki obiad - naprawdę nie ma o czym wspominać, sardynki próbowały mnie zamordować przez kolejne dwa dni, i wyruszyliśmy do Étretat.
I to było to. Dlatego warto było jechać. Poziom adrenaliny rośnie błyskawicznie, krew szybciej krąży w żyłach. Tak, spacer po klifach Étretat z dwójką małych oszołomów i mężem cierpiącym na lęk wysokości to coś co może zamienić leniwe niedzielne popołudnie w prawdziwy sport ekstremalny. Do tego turkusowe morze, szare niebo i białe skały. Zdeterminowane dzieci zaliczyły nawet krótką kąpiel. Jest morze, jest kąpiel.
Cóż z tego, że mamy sine wargi. Zresztą zimniejsze niż w Sobieszewie nie będzie. Dzieci zakupiły pamiątki. Starsze sześć puszek tuńczyka w różnych sosach, młodsze nazbierało kamieni. My kupiliśmy trzy butelki cydru. Potem natknęliśmy się na tabliczkę że nie wolno zabierać kamieni ponieważ chronią przed powodziami. Odnieśliśmy kamienie na plażę, nie możemy mieć na sumieniu zagłady tak pięknego miejsca.
Étretat jest piękne. Zobaczcie sami.
Ale ucinając ta przydługi wstęp - nie możemy wyjechać w sobotę. Pozostały wycieczki niedzielne w promieniu do 200 km, max 300 km od Paryża. I tak to, wbijając cyrkiel i zataczając koło, wylądowaliśmy w Normandii.
Pięciu z siedmiu pytanych o rade paryskich tubylców wysłało do Honefleur, czterech do Étretat a wszyscy do Douville. To ostatnie skreśliliśmy bo jak wszyscy to my przekornie nie (tak naprawdę było najmniej "po drodze")
Etap pierwszy - Honefleur. Niby ładnie, niby fajny port, ale... coś nie grało. Atmosfera w miasteczku przypomina trochę lipcowe popołudnie w Kazimierzu nad Wisłą. Ludzie drepczą z minami mówiącymi "przyjechaliśmy bo mówili, że fajnie, pochodzimy trochę, zjemy coś i wracamy. Może rybkę zjemy, a może coś innego"
Najciekawsze okazało się być muzeum Eugène Boudin, który to w Honefleur się urodził (http://www.musees-honfleur.fr/musee-eugene-boudin.html) Na parterze muzeum ciekawa wystawa etnograficzna, na pięterku "Kobieta i morze" reszta to Boudin, czyli dla każdego coś miłego.
Szybki obiad - naprawdę nie ma o czym wspominać, sardynki próbowały mnie zamordować przez kolejne dwa dni, i wyruszyliśmy do Étretat.
I to było to. Dlatego warto było jechać. Poziom adrenaliny rośnie błyskawicznie, krew szybciej krąży w żyłach. Tak, spacer po klifach Étretat z dwójką małych oszołomów i mężem cierpiącym na lęk wysokości to coś co może zamienić leniwe niedzielne popołudnie w prawdziwy sport ekstremalny. Do tego turkusowe morze, szare niebo i białe skały. Zdeterminowane dzieci zaliczyły nawet krótką kąpiel. Jest morze, jest kąpiel.
Cóż z tego, że mamy sine wargi. Zresztą zimniejsze niż w Sobieszewie nie będzie. Dzieci zakupiły pamiątki. Starsze sześć puszek tuńczyka w różnych sosach, młodsze nazbierało kamieni. My kupiliśmy trzy butelki cydru. Potem natknęliśmy się na tabliczkę że nie wolno zabierać kamieni ponieważ chronią przed powodziami. Odnieśliśmy kamienie na plażę, nie możemy mieć na sumieniu zagłady tak pięknego miejsca.
Étretat jest piękne. Zobaczcie sami.
![]() |
Normandia 2013 |
![]() |
Normandia 2013 |
![]() |
Normandia 201 |
![]() |
Normandia 2013 |
![]() |
Normandia 2013 |
![]() |
Normandia 2013 |
piątek, 25 października 2013
Polskie akcenty w Disneyland Paris.
![]() |
Disneyland 2013 |
wtorek, 15 października 2013
piątek, 4 października 2013
Jak zwiedzać Paryż unikając turystów. cz.1 - Wersal
![]() |
Versailles 2013 |
![]() |
Versailles 2013 |
![]() |
Versailles 2013 |
![]() |
Versailles 2013 |
![]() |
Versailles 2013 |
sobota, 21 września 2013
Muzyka sfer - a nogi bolą.
Dziesiąty sklep z nutami zaliczony. Muzyczne pasje mojej rodziny mnie wykończą. Jednak są plusy. Nowa bezcenna wiedza. Jeśli będę kiedyś chciała nabyć fortepian, skrzypce lub powiedzmy organy kościelne wiem gdzie się udać. Na rue de Rome jest wszystko. Podejrzewam że gdybym poprosiła o kwartet smyczkowy to uśmiechnięty sprzedawca przyniósłby mi zapakowany w firmowy papier z zaplecza.
wtorek, 17 września 2013
Ćwiczenia z mentalności.
Wrzesień to trudny miesiąc dla rodziców. Czas podejmowania dramatycznych decyzji. Zapisujemy dziecko na angielski? Zapłacimy tysiaka za konie? Trening piłkarski o ósmej rano w sobotę? Czy zdążę po pracy, przed pracą, ewentualnie w trakcie? A może pływanie? czy coś.... plus logopeda. Ratunku!
Na skutek takich działań znalazłam się w Konserwatorium Miejskim na zebraniu dla rodziców przyszłych wirtuozów - uwaga ..... wiolonczeli. Uprzedzam i dementuję, nie był to mój pomysł i może innym razem napiszę dlaczego moje dziecko zapragnęło nagle grać na wiolonczeli właśnie. Zdaję sobie sprawę z tego że dosyć nikły procent dziewięciolatek budzi się pewnego dnia rano i oświadcza "Oh yeah, będę grać na wiolonczeli" Jednak....
Udało mi się w czerwcu wcisnąć dziecko na listę rezerwowych, w lipcu telefon że została przyjęta, we wrześniu zebranie.
Ćwiczenia praktyczne z mentalności wyglądały tak.
18:00
Ciasna, duszna, sala w konserwatorium zajęta była w połowie przez fortepian w połowie przez rodziców z dziećmi. Obecność dzieci powinna była wzbudzić od początku moją czujność. Francuzi jeśli nie muszą, nie zabierają dzieci ze sobą. Nigdzie i nigdy. Chyba że do pediatry. Jednak dzieci były, generowały dziecięcy chaos i jak się okazało zostały przyprowadzone w konkretnym celu. Rodzice wyglądali na dobrze zadomowionych, jednak odrobinę spiętych.
18:15
Zjawiają się prowadzący spotkanie. Kobieta -starsza i mężczyzna-młodszy. Kobieta przedstawia mężczyznę mówiąc że pani X odeszła i oto jej następca. Ta-dam. Rodzice robią- Oooooo.... uśmiechając się jednocześnie z rezerwą głęboką jak kanał La Manche. "Nowy" się czerwieni i przechodzimy do przemowy.
18:20
Przemowa. Krótka, w założeniu, przeciąga się ponieważ dwoje rodziców nie rozumie zbyt dobrze francuskiego (to znaczy troje, ale ja się nie odzywam) kobieta ciągle prosi o powtórzenie a potem tłumaczy swojemu mężowi (chyba na wietnamski). Pozostali rodzice uśmiechają się nadal, ale czuję że napięcie sięga zenitu. Chyba ostrzą noże.
18:40
Przechodzimy do części praktycznej. Dane są: 25 uczniów, dwóch nauczycieli, dwa wieczory(od 17:30 do 21:00) i jeden poranek. Każdy uczeń ma w zależności od stopnia zaawansowania 30 min lub 45 min zajęć. Zadanie polega na ułożeniu planu zajęć tak aby dziecko A mogło zdążyć po szkole, pani B z pracy, dziecko C przed lekcjami rysunku...... i tak bez końca. I wtedy rozwiązuje się zagadka obecności dzieci. Zostały przyprowadzone w celu potwierdzenia wieku. "Proszę zobaczyć przecież takie małe dziecko nie może mieć lekcji o 19:00" Padają różne argumenty, achy, ochy, wzruszenia ramionami, lekka przepychanka przy stoliku a wszystko to z uśmiechem na ustach.
Chouette!
Jak to mówiła moja babcia "Dziurki nie ma krew wypita"
Skuteczne okazały się dwie strategie. Moja, czyli obstawienie najmniej popularnej godziny, takiej której nikt nie chce. Oraz ta wietnamskiej pary. Kobieta po prostu pokazała interesujące ją okienko na liście i stała dopóki nie została zapisana. Wszyscy chyba przestraszyli się że może znowu zacząć zadawać pytania. Zadowoleni wyszliśmy z sali zostawiając za sobą uśmiechnięte piekło.
Na skutek takich działań znalazłam się w Konserwatorium Miejskim na zebraniu dla rodziców przyszłych wirtuozów - uwaga ..... wiolonczeli. Uprzedzam i dementuję, nie był to mój pomysł i może innym razem napiszę dlaczego moje dziecko zapragnęło nagle grać na wiolonczeli właśnie. Zdaję sobie sprawę z tego że dosyć nikły procent dziewięciolatek budzi się pewnego dnia rano i oświadcza "Oh yeah, będę grać na wiolonczeli" Jednak....
Udało mi się w czerwcu wcisnąć dziecko na listę rezerwowych, w lipcu telefon że została przyjęta, we wrześniu zebranie.
Ćwiczenia praktyczne z mentalności wyglądały tak.
18:00
Ciasna, duszna, sala w konserwatorium zajęta była w połowie przez fortepian w połowie przez rodziców z dziećmi. Obecność dzieci powinna była wzbudzić od początku moją czujność. Francuzi jeśli nie muszą, nie zabierają dzieci ze sobą. Nigdzie i nigdy. Chyba że do pediatry. Jednak dzieci były, generowały dziecięcy chaos i jak się okazało zostały przyprowadzone w konkretnym celu. Rodzice wyglądali na dobrze zadomowionych, jednak odrobinę spiętych.
18:15
Zjawiają się prowadzący spotkanie. Kobieta -starsza i mężczyzna-młodszy. Kobieta przedstawia mężczyznę mówiąc że pani X odeszła i oto jej następca. Ta-dam. Rodzice robią- Oooooo.... uśmiechając się jednocześnie z rezerwą głęboką jak kanał La Manche. "Nowy" się czerwieni i przechodzimy do przemowy.
18:20
Przemowa. Krótka, w założeniu, przeciąga się ponieważ dwoje rodziców nie rozumie zbyt dobrze francuskiego (to znaczy troje, ale ja się nie odzywam) kobieta ciągle prosi o powtórzenie a potem tłumaczy swojemu mężowi (chyba na wietnamski). Pozostali rodzice uśmiechają się nadal, ale czuję że napięcie sięga zenitu. Chyba ostrzą noże.
18:40
Przechodzimy do części praktycznej. Dane są: 25 uczniów, dwóch nauczycieli, dwa wieczory(od 17:30 do 21:00) i jeden poranek. Każdy uczeń ma w zależności od stopnia zaawansowania 30 min lub 45 min zajęć. Zadanie polega na ułożeniu planu zajęć tak aby dziecko A mogło zdążyć po szkole, pani B z pracy, dziecko C przed lekcjami rysunku...... i tak bez końca. I wtedy rozwiązuje się zagadka obecności dzieci. Zostały przyprowadzone w celu potwierdzenia wieku. "Proszę zobaczyć przecież takie małe dziecko nie może mieć lekcji o 19:00" Padają różne argumenty, achy, ochy, wzruszenia ramionami, lekka przepychanka przy stoliku a wszystko to z uśmiechem na ustach.
Chouette!
Jak to mówiła moja babcia "Dziurki nie ma krew wypita"
Skuteczne okazały się dwie strategie. Moja, czyli obstawienie najmniej popularnej godziny, takiej której nikt nie chce. Oraz ta wietnamskiej pary. Kobieta po prostu pokazała interesujące ją okienko na liście i stała dopóki nie została zapisana. Wszyscy chyba przestraszyli się że może znowu zacząć zadawać pytania. Zadowoleni wyszliśmy z sali zostawiając za sobą uśmiechnięte piekło.
Tak nauczyłam się jak walczyć do pierwszej krwi ze słodkim uśmiechem na ustach. Po prostu Francja-elegancja.
Mam tylko nadzieją że się opłacało i kiedyś moja wiolonczelistka zagra starej matce kawałki Janerki :)
piątek, 13 września 2013
środa, 11 września 2013
Lokomotywa - Włącz Polskę- film.
Film promujący akcję Włącz Polskę. Zrealizowany w paryskiej szkole i na paryskich ulicach.
poniedziałek, 9 września 2013
"Młodzież polska na tułactwie..."
I tak oto, w minionym tygodniu tytułowa "młodzież polska" rozpoczęła kolejny rok nauki w Szkole Polskiej w Paryżu, zwanej też Zespołem Szkół przy Ambasadzie lub Szkolnym Punktem Konsultacyjnym. Nazw w sieci (i stron szkoły) jest kilka, nie wiem która jest obowiązująca.
W pięknym wrześniowym słońcu, na dziedzińcu szkoły, po hymnie, słuchaliśmy o tradycji, trudzie nauczycieli i uczniów. Po mojej głowie snuły się natrętne myśli - "Jakby tu wrócić do łóżka? Co ja tu robię o 8:00? Może uda się zdrzemnąć w parku! Po co ja wstałam o 6:00? Zostawię dzieci i wracam spać, może same trafią do domu."
I nagle uświadomiłam sobie, że w "mowie na otwarcie" czegoś zabrakło. Że to nie tradycja, nie trud nauczycieli (niczego im nie ujmując, doceniam tradycję i podziwiam kadrę), nawet nie uczniowie, ale to rodzice tworzą "szkołę na tułactwie". Wstają o morderczych godzinach, urywają się z pracy, walczą z dzieckiem, z metrem, z parkowaniem. Dlaczego? Muszą mieć silną motywację, nie ma obowiązku wysyłania dziecka do polskiej szkoły. Hipotetycznie mogliby wszyscy stwierdzić - "Koniec! Nie wstaję!" Szkoła musiałaby po prostu zawiesić działalność i żadna Tradycja by tu nic nie wskórała. A może to właśnie ona sprawia, że rodzicom jednak się chce? Nie wiem.
Czy szkoły narodowe mają jeszcze sens?
Co zrobić z potomstwem które stwierdza, że woli basen od polskiej szkoły?
Albo takim, które ogłasza, że jednak jest francuzem, bo mają lepszą drużynę piłkarską? (to mnie akurat nie dziwi)
Tego też nie wiem.
Jednak odrzucając "szkiełko", przyznam się, że słuchanie dzieci, które recytują wiersze Tuwima "na paryskim bruku" wzrusza mnie niezmiernie i zdarza mi się nawet uronić łzę.
Wszystkim rodzicom - i sobie również - życzę żeby nam się jednak chciało. Dzieci kiedyś odpowiedzą sobie na pytanie czy miało miało to sens.
W pięknym wrześniowym słońcu, na dziedzińcu szkoły, po hymnie, słuchaliśmy o tradycji, trudzie nauczycieli i uczniów. Po mojej głowie snuły się natrętne myśli - "Jakby tu wrócić do łóżka? Co ja tu robię o 8:00? Może uda się zdrzemnąć w parku! Po co ja wstałam o 6:00? Zostawię dzieci i wracam spać, może same trafią do domu."
I nagle uświadomiłam sobie, że w "mowie na otwarcie" czegoś zabrakło. Że to nie tradycja, nie trud nauczycieli (niczego im nie ujmując, doceniam tradycję i podziwiam kadrę), nawet nie uczniowie, ale to rodzice tworzą "szkołę na tułactwie". Wstają o morderczych godzinach, urywają się z pracy, walczą z dzieckiem, z metrem, z parkowaniem. Dlaczego? Muszą mieć silną motywację, nie ma obowiązku wysyłania dziecka do polskiej szkoły. Hipotetycznie mogliby wszyscy stwierdzić - "Koniec! Nie wstaję!" Szkoła musiałaby po prostu zawiesić działalność i żadna Tradycja by tu nic nie wskórała. A może to właśnie ona sprawia, że rodzicom jednak się chce? Nie wiem.
Czy szkoły narodowe mają jeszcze sens?
Co zrobić z potomstwem które stwierdza, że woli basen od polskiej szkoły?
Albo takim, które ogłasza, że jednak jest francuzem, bo mają lepszą drużynę piłkarską? (to mnie akurat nie dziwi)
Tego też nie wiem.
Jednak odrzucając "szkiełko", przyznam się, że słuchanie dzieci, które recytują wiersze Tuwima "na paryskim bruku" wzrusza mnie niezmiernie i zdarza mi się nawet uronić łzę.
Wszystkim rodzicom - i sobie również - życzę żeby nam się jednak chciało. Dzieci kiedyś odpowiedzą sobie na pytanie czy miało miało to sens.
wtorek, 3 września 2013
Rozpoczęcie Roku Szkolnego jednym słowem-La Réntree.
La Rentrée czyli początek roku szkolnego. Czasami odnoszę wrażenie że rok kalendarzowy też zaczyna się we Francji tego magicznego dnia. Gazety są pełne porad jak możemy zmienić swoje życie zaczynając właśnie od "la rentrée", w magazynach sesje zdjęciowe inspirowane modą szkolną, w księgarniach zalew rodzinnych agend liczących czas od września do września. To dzień w którym należy zapomnieć o wakacjach i z podniesionym czołem stanąć oko w oko z nowym rokiem szkolnym. Dotyczy to oczywiście tylko uczniów, ich rodziców, nauczycieli, opiekunek, trenerów czyli przynajmniej połowy społeczeństwa.
Do już drugie rozpoczęcie roku szkolnego moich dzieci we Francji. Tym razem wszystko poszło jak po maśle. Po prostu zabrały plecaki, przeszły na drugą stronę ulicy i zniknęły w czeluściach szkoły. W porównaniu z poprzednim rokiem-bajka, bowiem "la rentrée" 2012 było raczej tragifarsą.
La Rentrée 2012
Zajęcia zaczynały się czwartego września. Dzień wcześniej na budynku szkoły do której złożyliśmy dokumenty zostały wywieszone listy klas. Oczywiście bez nazwisk naszych dzieci. Dwa poprzednie miesiące upłynęły nam na próbach załatwienia formalności. Taka typowa francuska zabawa: nie możesz zapisać dziecka do szkoły bo nie masz numeru z CAF, nie masz numeru z CAF bo nie masz numeru z Securite, nie masz numeru z Securite bo dziecko nie chodzi do szkoły. Jest to rodzaj gry której zasady przyswaja się jednak dosyć szybko, chociaż trzeba porzucić próby zrozumienia i postawić na ośli upór.
Więc dzień przed "bardzo ważnym dniem" nie wiedzieliśmy czy nasze dzieci są do jakiejkolwiek szkoły zapisane. Staliśmy przed budynkiem, czytając list po raz czwarty i zastanawiając się co teraz?
Tak zastał nas "le gardien" czyli człowiek w funkcji naszego woźnego połączonego z administracją "i wszystkim co jest ważne w szkole" a jak się później okazało także "drugi po Bogu". Powiedział żeby się nie martwić, że umówi nas jutro na spotkanie z dyrektorem i "się zobaczy".
Następnego poszliśmy z naszą pięknie wystrojoną córką na rozpoczęcie roku którego nie było. Dzieci ubrane w podkoszulki po prostu weszły do klas. My czekaliśmy na mityczne spotkanie uzbrojeni w różnego rodzaju dokumenty i zaświadczenia. W głowie układałam sobie okrągłe francuskie zdania a dziecko coraz bardziej zlewało się kolorem twarzy z irracjonalnie białą bluzką z żabotem.
Dyrektor przyszedł po 40 min, powiedział że skontaktował się z Maison de la Famille i że zabiera Ninę na lekcje. Zdołałam tylko powiedzieć że moje dziecko nie mówi po francusku. Na co dyrektor odpowiedział "No trudno, to się nauczy". Wtedy twarz córki ostatecznie przybrała kolor zielony. W tym czasie dziecko drugie leżało w domu z czterdziestostopniową gorączką i ostatecznie zaczęło rok szkolny od pierwszej wizyty na izbie przyjęć pobliskiego szpitala.
La Rentrée 2013
Dzisiaj było bardzo spokojnie. Bez białych bluzek, słów o tym jak nienawidzą Francji i skwaszonych min, przychówek w dżinsach i trampkach pomaszerował do szkoły ciągnąc za sobą wypchane tornistry na kółkach.
poniedziałek, 2 września 2013
Wyprawka kontra wyprawka.
Czyli odgrzewane kotlety. Zdjęcia zamieszczałam w czerwcu na Facebooku.
W związku z dzisiejszą datą- rozpoczęciem roku szkolnego w Polsce-małe podsumowanie tematu wyprawki.
Cały (no prawie) dzień upłyną na kompletowaniu tej do szkoły francuskiej. Bardzo precyzyjne listy rozdawane są dzieciom w czerwcu. Długopis-czarny, czerwony, zielony. Teczka-żółta i szara, ołówki trzy i pióro w korektorem, 4 zakreślacze. Itp. itd. O dziwo na liście nie ma żadnego podręcznika. Nie ma, ponieważ w "biednej" Francji dzieci dostają je ze szkoły, używają przez rok, po czym oddają żeby mogły z nich skorzystać inne dzieci. W "bogatej" Polsce rodzice kupują podręczniki, dzieci z nich korzystają albo i nie, po czym podręcznik trafiają do kosza. Jako rodzic ucznia "polsko-francuskiego" nabyłam poza wyprawką francuską komplet podręczników polskich. Po raz kolejny zapłakałam nad ich zawartością i szatą graficzną.Zacznijmy od wagi. Francuski podręcznik na jeden semestr waży 488g i jest "podawany dalej"
Polski komplet podręczników i "nie wiadomo czego" waży 4kg300g i ląduje w koszu. Pakiety wypchane są "sztucznymi bytami" w postaci wycinanek, ćwiczeń do informatyki a opisami "jednostek centralnych", osobnymi zeszytami do pisania, rysowania i Bóg wie czego. Większość nauczycieli z tego i tak nie korzysta i tony kredowego papieru lądują w czerwcu na wysypiskach.
Dla porównania Nauka czytania "Litery" z lat 80. Książka ma 30 lat i jest bardziej nowoczesna niż prezentowane powyżej "pakiety"edukacyjne. Dobre liternictwo, zabawne rysunki, historyjki obrazkowe które są zabawne nawet dla naszych "elektronicznych" dzieci.
Porównanie treści też robi przygnębiające wrażenie. Okazuje się że w latach osiemdziesiątych po roku nauki dzieci były w stanie poznać literkę "Ź" czytając krótkie opowiadanie. Dzieci współczesne siedząc na gałęzi mogą z rozpaczy wbić sobie ołówek w oko.
To już ostatni "jęczący post". Jutro wracamy do rzeczywistości.
Szkolnej, paryskiej, naszej sielskiej podparyskiej, biurowej i innej, jaką kto tam dysponuje.
czwartek, 29 sierpnia 2013
Michelangelo Pistoletto i Ron Mueck, czyli sztuka nie tylko dla dorosłych.
To już ostatni dzwonek! Jeśli macie dzieci i (przypadkiem?) jesteście w Paryżu, warto wybrać się w weekend do Luwru. To ostatnie dni wystawy "Annee 1, le paradis sur terre" Michelangelo Pistolleto.
Jeśli nie macie dzieci na stanie, po wejściu do muzeum podczepcie się do kogoś kto takowe posiada. Oglądanie dziecięcych reakcji na rozrzucone po przestrzeni nobliwego muzeum instalacjie Pistolleto jest samo w sobie fantastyczną rozrywką.
"Wystawa-zabawa" odczarowuje onieśmielające swoją powagą muzeum. A Luwr onieśmiela nie tylko dzieci-mnie także, może nawet bardziej kiedy pomyślę sobie o tzw. wartości rynkowej. Pistolleto skraca ten dystans i wprowadza elementy gry do zwiedzania, które w wersji dla dorosłych nie zawsze spotyka się z zainteresowaniem młodszego pokolenia.
"Znowu muzeum? Już byliśmy kiedyś w muzeum!" Stajemy rozdarci przed kasą, naciskać czy nie naciskać? Jeszcze skończy się jak z rosołem* albo szpinakiem*? . A może samo dojrzeje i zechce za parę lat zobaczyć Picassa albo jakiegoś jeszcze bardziej prehistorycznego twórcę? Sprawa jest bardzo delikatna.
Jednak w przypadku tej wystawy gwarantuję 98% sukcesu w grupie wiekowej do lat 13.
Nie będę jej analizować ani oceniać wartości artystycznej. Krytykiem jestem tylko domowym. Przypominam tylko o tym, że sztuka jest fajna, a ta jest fajniejsza niż inne. Więc idźcie i bawcie się sztuką.
![]() |
Michelangelo Pistoletto "Annee 1, le paradis sur terre" Paris 1013 |
![]() |
Michelangelo Pistoletto "Annee 1, le paradis sur terre" Paris 1013 |
![]() |
Michelangelo Pistoletto "Annee 1, le paradis sur terre" Paris 1013 |
![]() |
Michelangelo Pistoletto "Annee 1, le paradis sur terre" Paris 1013 |
![]() |
Michelangelo Pistoletto "Annee 1, le paradis sur terre" Paris 1013 |
Na trochę mniejsze zwiedzanie - myślę, że wystarczy zarazerwować 1,5h plus czas spędzony w kolejce przed kasą - warto wpaść do Fondation Cartier w 14-stej dzielnicy( http://fondation.cartier.com/#/en/home/ ).
Ron Mueck i jego wystawa z dreszczykiem. Zamrożone w ruchu, hiperrealistyczne rzeźby czekają na zamknięcie galerii. Po zmroku wstają i leniwie prostują kości. Taka właśnie atmosfera oczekiwania towarzyszy zwiedzaniu, a właściwie byciu w galerii. "Cały czas czekam na to, aż się poruszą" tak podsumowało sytuację dziecko starsze.
Jeszcze jednym powodem dla którego warto zabłądzić na bulwar Raspail jest projekcja filmu dokumentującego proces powstawania rzeźb i przygotowywania wystawy. Możliwość podglądania artysty przy pracy - bezcenna.
![]() |
Zdjęcia pochodzą ze strony Fundacji Cartier. Na wystawie obowiązuje zakaz fotografowania więc swoich
materiałów nie posiadam.
*rosół - jako klasyczny model bladego niejadka byłam zmuszana - prośbą i groźbą - do jedzenia królowej zup w dzieciństwie. Co skutkuje tym, że od momentu wyrwania się z domu rosołu nie tknęłam przez jakieś 15 lat, a i teraz jem go bez entuzjazmu.
wtorek, 27 sierpnia 2013
czwartek, 8 sierpnia 2013
1001 wież (n°9,n°10,n°11,n°12 ) kategoria - suweniry.
Dodałam nową etykietę - suweniry. Odpowiedź na pytanie, które czasami zadaję sobie mijając kapiące dobrami wszelakimi paryskie wystawy. Co kupiłabym sobie "na pamiątkę" gdybym nie mieszkała we Francji? Jaki suwenir? Czym wypełniłabym walizkę? Albo na co zrujnowała budżet? Dziesięć lat temu, kiedy wracałam do Polski po roku erazmusowego wygnania, w walizce upychałam słoiki z musztardą, konfiturą z kasztanów (waniliowa Bonne Maman) i zeszytami Clairfontaine (teraz kupuje je moja córka,kolekcja Les Cakes de Bertrand to hit wśród dziewięciolatek).
Żelazny zestaw.
Co poza tym? Teraz? Coś z wieżą, bien sûr.
![]() |
galeries lafayette 2013 |
![]() |
galeries lafayette 2013 |
![]() |
galeries lafayette 2013 |
![]() |
galeries lafayette 2013 |
Subskrybuj:
Posty (Atom)