poniedziałek, 24 marca 2014

Chłopiec, który sam zbudował taki dom.

2014

2014


W życiu każdego blogera (nawet tak "niszowego" jak ja) przychodzi chwila, w której musi rozważyć czy napisać post na zamówienie. Sprzedać się, czy nie? 
Moje wszystkie wątpliwości rozwiała wyjątkowość zleceniodawcy oraz to, że presja, którą wywierał przez kolejne dwie godziny od złożenia propozycji była ogromna.

Zleceniodawcą jest mój syn. W kolejnym stadium kolejnego w tym roku ataku choróbska, dziecko zbudowało dom. Wizja architektoniczna nawiedziła go, zaraz po tym, jak w desperacji i obawie o jego zdrowie psychiczne odłączyłam go od elektroniki. Można być Adamem Słodowym rodzicielstwa, ale jeśli dziecko spędza w domu większość roku szkolnego ostatnią deską ratunku bywa telewizor. Przynajmniej moją. 

Dom, a właściwie "Baza", powstała przy moim biurku. Po godzinie cięcia, klejenia najpierw tektury taśmą klejącą, następnie klejenia palców plastrami, syn rzekł:
-No, mamo teraz zrobisz zdjęcia, wstawisz na swojego bloga i podpiszesz "Chłopiec, który sam zbudował taki dom" i zobaczymy czy się spodoba. Rośnie mi demon mediów społecznościowych.

2014
Zaczęłam się zastanawiać, skąd przyszedł mu do głowy taki pomysł. Tym bardziej, że zabrzmiało to bardzo naturalnie, coś takiego jak: "Może zjemy dziś czekoladę?" W naszym domu Facebook, blogi i spółka są umiarkowanym tematem rozmów. Dzieci wiedzą mniej więcej co to jest. Same kont nie mają i nie wyrażają żadnego zainteresowania ich posiadaniem. Żadne z koleżanek i kolegów potomstwa (wyłączając z tego oczywiście już tych "nasto")  konta na "Fejsie" i innych nie posiada. O zgrozo, dzieci i towarzystwo nie mają nawet telefonów komórkowych. Kiedyś zapytałam Ninę. czy ktoś z jej klasy przynosi telefon to szkoły. Zdziwiona zapytała "A po co komuś telefon w szkole?" Telefony nie są zabierane na wycieczki, na weekendy ze skautami, ani na zajęcia dodatkowe. Nie ma tego w jakimś szczególnym regulaminie. Po prostu tak jest. 

Zaintrygowana tematem zaczęłam wypytywać znajome matki, kiedy zamierzają obdarzyć/bądź obdarzyły potomstwo smyczą w postaci komórki. Najczęstsza odpowiedź jaka padała to "Kiedy pójdzie/poszło do "college" [czyli gimnazjum] lub kiedy zacznie/zaczęło zostawać samo w domu."

Piszę tu tylko o samym fakcie nie posiadania własnych telefonów. Nie zmienia to oczywiście niczego w czasie jaki dzieci spędzają na bezlitosnym katowaniu urządzeń rodziców i domowych komputerów. Chociaż tutaj też dostrzegam kilka różnic. Rzadko urządzenie należy do dziecka, raczej do rodziny. Komputer stoi częściej w przestrzeni wspólnej, w salonie lub w kuchni. Raczej nie w dziecięcym pokoju. Chociaż to już pewnie trochę straciło na znaczeniu wraz z popularyzacją tabletów. 
Być może to, że nie mają własnych urządzeń z ciągłym dostępem do sieci, jest przyczyną tego, że za pomocą portali i internetu z kolegami nie komunikują się wcale.

Mimo wszystko mój nieistniejący w mediach społecznościowych syn bardzo naturalnie zażądał prezentacji swojej "Bazy" w sieci, liczył się z tym, że zostanie ona oceniona ("zobaczymy czy się spodoba") - czyli mniej więcej wie, jak to działa. Wygląda na to, że jest to naturalny aspekt jego środowiska, jego świata, nawet jeśli jeszcze nie może na pełnych prawach z niego korzystać.
I niech na razie tak pozostanie. Mam spore wątpliwości co do tego czy 8-latek jest w stanie odróżnić "lajki" od uczuć i czy może na nich budować poczucie swojej wartości. 
Część dorosłych tego nie potrafi.

Felek już zapomniał o całej sprawie z blogiem. Z "Bazy" korzysta, dzisiaj odrabiał w niej lekcje. Czy się spodoba, czy nie i tak mu o tym nie powiem, chyba, że sam zapyta. Na razie postaram się, żeby sam nauczył się oceniać jakość swojej pracy.

Ale "Baza" jest fajna. Co nie?

poniedziałek, 17 marca 2014

Przedwiośnie....Lato

Zgubiłam wiosnę. Dwa tygodnie temu fotografowałam nagie gałęzie w pałacowym parku w Champs-sur-Marne. Wczoraj letnia niedziela przypomniała mi o zapomnianych zdjęciach. Jako najgorsza blogerka świata zamieszczam je dzisiaj.

Château de Champs-sur-Marne 2014

Château de Champs-sur-Marne 2014

Château de Champs-sur-Marne 2014

Château de Champs-sur-Marne 2014 
Château de Champs-sur-Marne 2014
Château de Champs-sur-Marne 2014
Château de Champs-sur-Marne 2014

Château de Champs-sur-Marne 2014


piątek, 7 marca 2014

Kulinarny Olimp.

Kulinarnych wynurzeń ciąg dalszy ale zdecydowanie z innej beczki . Lecimy do gwiazd.
Od jakiegoś czasu mam przyjemność pracować przy projekcie Cheftourpoland . Nie ma obaw, nie gotuję, robię zdjęcia. Kilka zdjęć z reportażu z minionych wydarzeń umieszczam w tym poście , więcej możecie zobaczyć na profilu facebookowym projektu ( tutaj ) .

Dzięki tej współpracy miałam okazję podglądać przy pracy polskiego szefa kuchni Arkadiusza Zuchmańskiego. Rzeczony szef jest pierwszym Polakiem uhonorowanym gwiazdką w przewodniku Michelin. Co ciekawe z pominęciem tzw. wschodzącej gwiazdki.  Po francusku po prostu "chef étoilé"czyli "ugwiazdkowiony". Prowadzi własną restaurację Apicius w Clermond-Ferrand http://www.apicius-clermont.com/. O panu Zuchmańskim można znaleźć w sieci kilka artykułów w Kuchni , Polityce nie będę więc opisywała jego drogi na kulinarny Olimp.
Napiszę o tym co zrobiło na mnie największe wrażenie.
Jadąc na zdjęcia obawiałam się że stanę oko w oko z kulinarnym huraganem. Prawdopodobnie wynikało to z tego że kuchenne bebechy miałam okazje oglądać tylko w tak zwanych programach kulinarnych. I niby wiem jak to działa, że to musi być "szoł" ale jakoś nie skojarzyłam faktów. Myślałam że będę musiała chronić obiektywy patelnią. I co? I nic.
Nikt nie krzyczy. Nikt się nie miota. Wszyscy pracują w skupieniu. Słuchają, mówią dziękuję i proszę, wymieniają dyskretne żarty z kelnerami. Trochę tak jakby zajrzeć do wnętrza szwajcarskiego zegarka.
Po prostu klasa.

Ps. W sobotę podglądałam z obiektywem kolejną "gwiazdkową" kuchnię.
Jak na razie wszystko się potwierdziło. Nic nie latało w powietrzu. No, może poza boskimi aromatami.
   
Paris 2014 Ambassade de Pologne

Paris 2014 Ambassade de Pologne


Paris 2014 Manger

Paris 2014 Ambassade de Pologne

Paris 2014 Manger


Paris 2014 Ambassade de Pologne

Paris 2014 Ambassade de Pologne

Paris 2014 Ambassade de Pologne

piątek, 28 lutego 2014

Tłusta porażka

Tłusty Czwartek we Francji okazał się porażką. Dopiero wczoraj przypomniałam sobie że tutaj obchodzi się Tłusty Wtorek. Wobec tego nie udało mi się nabyć nic słodkiego i tłustego.
Poza smutnym "donatem" który był obrzydliwy. Dobrze chociaż że był fotogeniczny.

Tłusta porażka 2014.



środa, 26 lutego 2014

Leczymy się.


T-rex jako Służba Zdrowia.


Mija trzecia godzina w poczekalni gabinetu lekarza rodzinnego. Siedzę. Przeczytałam cztery numery Madame Figaro - w jednym artykuł o szarych swetrach- jupi! moda zatacza kręgi, zawartość mojej szafy robi się modna. Dwa Cote Maison, wnioski, mój dom stanie się modny za tysiąc lat. Dwa numery Polityki na czytniku. Dwa rysunki w szkicowniku. Teraz coś napiszę. 
Siedzę i jak zawsze wspominam dzień w którym w stołecznej, prywatnej lecznicy na M. zrobiłam awanturę o 15 minutowe opóźnienie wizyty. Spieszyłam się do pracy. Łzy cisną się do oczu kiedy to wspominam.
We Francji każdy lekarz jest prywatny a to że ktoś się śpieszy nie robi na nich żadnego wrażenia. Pewnie ćwiczą to na studiach. Jak być zen stając twarzą w twarz z kolejką dwudziestu pacjentów. Coś takiego jak przychodnia czyli miejsca gdzie są lekarze, i gabinety zabiegowe,i pielęgniarki nie istnieje przynajmniej w naszej wsi. Szczepionki robi lekarz. Sam. Na badania biegasz do laboratorium.  Rozpiętość jakości usług i cen ogromna. Meandry systemu niezbadane. Różnice w standardzie wykonywania usług zaskakujące. Raz na plus, raz na minus oczywiście. Do tej pory nie mogę się przyzwyczaić do pobierania krwi bez rękawiczek. Z drugiej strony skomplikowane badania umawiane w krótkich terminach i bez problemu pokrywane są przez ubezpieczenie państwowe. 
O francuskiej służbę zdrowia niebawem będę mogła napisać książkę. Dwoje dzieci, w tym jedno chore na dziwaczną chorobę (i tu "chapeau bas" dla kochanych żabojadów którzy go po latach męki zdiagnozowali), wymusza częste kontakty z lekarzami. Najważniejsza jest praktyka.  Niewykluczone ze znajdę w końcu dobrego lekarza rodzinnego do którego będzie można umówić się na godzinę. Pewnie tacy też istnieją.

Dlaczego wiec siedzę pokornie trzecia godzinę w poczekalni. Z innymi umęczonymi, kaszlącymi ofiarami systemu?
W mojej dzielnicy jest dwóch lekarzy. Jeden bardzo dobry, uważny i stawiający dobre diagnozy oraz lekarz "mało przytomny", u którego trzy wizyty skończyły się błędnymi diagnozami a jedna choroba szpitalem. Na nieszczęście ten lepszy jest dodatkowo tańszy. To wszystko daje trzy godziny oczekiwania. Umówienie się na wizytę niewiele zmienia. Czas oczekiwania skraca się do dwóch godzin chyba ze mamy fuksa i jesteśmy zapisani jako pierwsza osoba danego dnia. Ja tej pełni szczęścia jeszcze nie doświadczyłam.

I tak sobie siedzę. Wspominam, porównuje i jak zwykle obiecuję sobie że poszukam innego lekarza. Takiego który będzie tak dobry i tak dokładny jak doktor T. ale będzie miał umywalkę i bieżącą wodę  w toalecie dla pacjentów.

Ps. Pediatra do którego chodzimy z dziećmi przyjmuje na godziny ale nie sądzę że mieszczę się w zakresie jego praktyki.