piątek, 11 kwietnia 2014

Opuściła nas Różowa Księżniczka.



Po cichutku odeszła od nas Różowa Księżniczka. Dotarło to do mnie dzisiaj kiedy przeglądałam zdjęcia z wiosennego spaceru. Zniknęły cekiny, króliczki i tiule. Czarne martensy zajęły miejsce brokatowych baletek. Powiem szczerze, nie będę tęsknić. Przetrwaliśmy to jakoś. Wspólna egzystencja wymagała zaciśnięcia zębów i przewartościowania pojęcia "fajne ciuchy".
Życie z Różową Księżniczką często nie było różowe.
Tym bardziej, że nikt jej nie zapraszał.
Do trzeciego roku życia Córka moja miała w nosie to co ma na sobie. Miała ubrania w neutralnych kolorach, czasami zdarzały się różowe, ale większość jednak była z działu chłopięcego. Takie nam (czyli rodzicom) się podobały i były wygodniejsze.
Była jedynym dzieckiem w rodzinie, pierwszym w gronie przyjaciół i znajomych. Słowem zero różowych wzorców w otoczeniu. W tym czasie nie mieliśmy w domu telewizora, więc nie została skażona jadem z nasączonych "księżniczkową" propagandą mediów.
Przełom nastąpił w momencie, w którym pracująca w tym czasie na amerykańskich wycieczkowcach Wróżka Chrzestna przywiozła w prezencie to co (tak podejrzewam) jest mundurkiem amerykańskich dziewczynek. Sukienkę księżniczki.
Sukienka miała wszystko - tiul, tiulowe falbany, trochę atłasu, małe perełki i medalion z Kopciuszkiem przyszyty na piersi. I była różowa.
Córka poszła za ciosem. Błyskawicznie wyłowiła z szafy różowe elementy garderoby i odmówiła noszenia czegokolwiek innego. W domu zaczęły się pojawiać kolejne tiulowe spódniczki, malinowe bluzeczki, kwieciste rajstopki. Znoszone przez babcie, ciocie i muszę przyznać, że przeze mnie też. Zachwyt na twarzy Księżniczki topił wszystkie postanowienia, że to już ostatnia "kręcąca się" różowa spódniczka. Córka osiągnęła mistrzostwo w komponowaniu fuksji z pudrowym różem przełamując to magentą. Tiulowa spódniczka okazała się być ubraniem na każdą okazję. Nawet na sanki, idealnie komponowała się z zimowym kombinezonem.
Często zastanawiałam się nad tym, jak reagować na ten różowy szał. Chociaż bolały mnie zęby od tych słodkości postanowiłam przeczekać. Tym bardziej, że Córka nie miała innych objawów. Nie bawiła się w księżniczki, nie wykazywała większego zainteresowania lalkami i spokojne w różowych "ałtfitach" taplała się w błocie. Po kilku latach Różowa Księżniczka pojawiała się coraz rzadziej, aż w końcu odeszła definitywnie, o czym świadczy zamieszczona wyżej fotografia.

Piszę to małe pożegnanie z różem na marginesie dyskusji o "gender" która (tak, tak) przetacza się także przez Francję. Dyskusji o podziałach na zabawki, ubrania, kolory dla dziewczynek i chłopców. Na ile obcowanie z taką ilością różu było naturalną potrzebą dziecka, a w jakim stopniu zostało wzmocnione kulturowo?
Otóż dziewczynki po prostu lubią róż. Dorosłe kobiety też. Ludzie po prostu lubią róż.

Dlaczego? Prawdopodobnie tak właśnie ukształtowała nas ewolucja. Kobiety są wrażliwe na róż ponieważ różowe owoce są dojrzałe i smaczne, różowe policzki są świadectwem zdrowia, a malutkie dzieci są różowe z natury. W testach preferencji kolorystycznych kobiety częściej wybierają odcienie czerwieni(w tym róż) niż mężczyźni. I co ciekawe jest to niezależne od kontekstu kulturowego.  Jest to kolor, który na poziomie fizjologicznym delikatnie pobudza, nastawia pozytywnie do świata, daje poczucie bezpieczeństwa, a symbolicznie niesie wyłącznie pozytywne znaczenia. 

Myślę, że był to naturalny etap rozwoju Córki. Cieszę się, że tak jak ospę wietrzną ma go już za sobą.
Witajcie Martensy, dresowe bluzy i czarne swetry. Pewnie poczekamy jeszcze kilka lat na osiągnięcie ubraniowej równowagi.




piątek, 28 marca 2014

Wróg publiczny numer jeden - mimolette.

Paris 2014
Wczoraj różne internetowe źródła donosiły o tym, że 27 marca obchodzimy święto sera. Co prawda żadnych oznak świętowania na naszej wsi nie zauważyłam, na miejskim targowisku jak zawsze były trzy stragany z serami, na każdym, bagatela, kilkadziesiąt gatunków, ale przy okazji wyciągnęłam z czeluści dysku twardego zdjęcia jednego z moich ulubieńców.

Mimolette. Pierwszy z prawej (na zdjęciu poniżej) to Mimolette Vieille ma osiemnaście miesięcy i piękną skórkę. Leżący w środku, to jego młodszy brat, ma trzy miesiące. Z lewej strony leży angielski Leicestershire Red który nie jest może tak aromatyczny jak mimolette, ale też ma piękny pomarańczowy kolor.  Więcej o serach możecie znaleźć w Seropedii (co prawda to strona Hohlandu, tego od serków topionych, ale wyjątkowo dobrze zrobiona).
Ja lubię mimolette za orzechowy aromat, aromat i jeszcze raz aromat. Poza tym można go wykorzystać na wiele sposobów. Pasuje nawet do piwa. No i dodatkowo jest bardzo fotogeniczny.

Najbardziej rozczuliło mnie to, że wielkość kuli mimolette jest opisywana jako wielkość dziecięcej główki. Pewnie dlatego widok pięknych pomarańczowych serów na straganach wyzwala u mnie podobny poziom endorfin, co widok niemowlaka 48 godzin po porodzie.

Dlaczego wróg publiczny? Otóż mimolette jest jednym z dwóch serów objętych zakazem importu do USA (drugi to roquefort). W 2013 roku celnicy amerykańscy zniszczyli 1500 kilogramów sera. Powodem są maleńkie roztocza, których jest podobno na skórce za dużo. Dodatkowo zostały one oskarżone o powodowanie alergii, a ser został określony jako produkt "obrzydliwy i częściowo gnijący". Na tym przykładzie doskonale widać jak różnie można definiować "obrzydliwość". Jeśli chodzi o mnie to w tym starciu przyznaję punkt Francuzom. Zdecydowanie wolę "obrzydliwy" ser od "obrzydliwego" hamburgera.

Paris 2014

Paris 2014

Paris 2014

poniedziałek, 24 marca 2014

Chłopiec, który sam zbudował taki dom.

2014

2014


W życiu każdego blogera (nawet tak "niszowego" jak ja) przychodzi chwila, w której musi rozważyć czy napisać post na zamówienie. Sprzedać się, czy nie? 
Moje wszystkie wątpliwości rozwiała wyjątkowość zleceniodawcy oraz to, że presja, którą wywierał przez kolejne dwie godziny od złożenia propozycji była ogromna.

Zleceniodawcą jest mój syn. W kolejnym stadium kolejnego w tym roku ataku choróbska, dziecko zbudowało dom. Wizja architektoniczna nawiedziła go, zaraz po tym, jak w desperacji i obawie o jego zdrowie psychiczne odłączyłam go od elektroniki. Można być Adamem Słodowym rodzicielstwa, ale jeśli dziecko spędza w domu większość roku szkolnego ostatnią deską ratunku bywa telewizor. Przynajmniej moją. 

Dom, a właściwie "Baza", powstała przy moim biurku. Po godzinie cięcia, klejenia najpierw tektury taśmą klejącą, następnie klejenia palców plastrami, syn rzekł:
-No, mamo teraz zrobisz zdjęcia, wstawisz na swojego bloga i podpiszesz "Chłopiec, który sam zbudował taki dom" i zobaczymy czy się spodoba. Rośnie mi demon mediów społecznościowych.

2014
Zaczęłam się zastanawiać, skąd przyszedł mu do głowy taki pomysł. Tym bardziej, że zabrzmiało to bardzo naturalnie, coś takiego jak: "Może zjemy dziś czekoladę?" W naszym domu Facebook, blogi i spółka są umiarkowanym tematem rozmów. Dzieci wiedzą mniej więcej co to jest. Same kont nie mają i nie wyrażają żadnego zainteresowania ich posiadaniem. Żadne z koleżanek i kolegów potomstwa (wyłączając z tego oczywiście już tych "nasto")  konta na "Fejsie" i innych nie posiada. O zgrozo, dzieci i towarzystwo nie mają nawet telefonów komórkowych. Kiedyś zapytałam Ninę. czy ktoś z jej klasy przynosi telefon to szkoły. Zdziwiona zapytała "A po co komuś telefon w szkole?" Telefony nie są zabierane na wycieczki, na weekendy ze skautami, ani na zajęcia dodatkowe. Nie ma tego w jakimś szczególnym regulaminie. Po prostu tak jest. 

Zaintrygowana tematem zaczęłam wypytywać znajome matki, kiedy zamierzają obdarzyć/bądź obdarzyły potomstwo smyczą w postaci komórki. Najczęstsza odpowiedź jaka padała to "Kiedy pójdzie/poszło do "college" [czyli gimnazjum] lub kiedy zacznie/zaczęło zostawać samo w domu."

Piszę tu tylko o samym fakcie nie posiadania własnych telefonów. Nie zmienia to oczywiście niczego w czasie jaki dzieci spędzają na bezlitosnym katowaniu urządzeń rodziców i domowych komputerów. Chociaż tutaj też dostrzegam kilka różnic. Rzadko urządzenie należy do dziecka, raczej do rodziny. Komputer stoi częściej w przestrzeni wspólnej, w salonie lub w kuchni. Raczej nie w dziecięcym pokoju. Chociaż to już pewnie trochę straciło na znaczeniu wraz z popularyzacją tabletów. 
Być może to, że nie mają własnych urządzeń z ciągłym dostępem do sieci, jest przyczyną tego, że za pomocą portali i internetu z kolegami nie komunikują się wcale.

Mimo wszystko mój nieistniejący w mediach społecznościowych syn bardzo naturalnie zażądał prezentacji swojej "Bazy" w sieci, liczył się z tym, że zostanie ona oceniona ("zobaczymy czy się spodoba") - czyli mniej więcej wie, jak to działa. Wygląda na to, że jest to naturalny aspekt jego środowiska, jego świata, nawet jeśli jeszcze nie może na pełnych prawach z niego korzystać.
I niech na razie tak pozostanie. Mam spore wątpliwości co do tego czy 8-latek jest w stanie odróżnić "lajki" od uczuć i czy może na nich budować poczucie swojej wartości. 
Część dorosłych tego nie potrafi.

Felek już zapomniał o całej sprawie z blogiem. Z "Bazy" korzysta, dzisiaj odrabiał w niej lekcje. Czy się spodoba, czy nie i tak mu o tym nie powiem, chyba, że sam zapyta. Na razie postaram się, żeby sam nauczył się oceniać jakość swojej pracy.

Ale "Baza" jest fajna. Co nie?

poniedziałek, 17 marca 2014

Przedwiośnie....Lato

Zgubiłam wiosnę. Dwa tygodnie temu fotografowałam nagie gałęzie w pałacowym parku w Champs-sur-Marne. Wczoraj letnia niedziela przypomniała mi o zapomnianych zdjęciach. Jako najgorsza blogerka świata zamieszczam je dzisiaj.

Château de Champs-sur-Marne 2014

Château de Champs-sur-Marne 2014

Château de Champs-sur-Marne 2014

Château de Champs-sur-Marne 2014 
Château de Champs-sur-Marne 2014
Château de Champs-sur-Marne 2014
Château de Champs-sur-Marne 2014

Château de Champs-sur-Marne 2014


piątek, 7 marca 2014

Kulinarny Olimp.

Kulinarnych wynurzeń ciąg dalszy ale zdecydowanie z innej beczki . Lecimy do gwiazd.
Od jakiegoś czasu mam przyjemność pracować przy projekcie Cheftourpoland . Nie ma obaw, nie gotuję, robię zdjęcia. Kilka zdjęć z reportażu z minionych wydarzeń umieszczam w tym poście , więcej możecie zobaczyć na profilu facebookowym projektu ( tutaj ) .

Dzięki tej współpracy miałam okazję podglądać przy pracy polskiego szefa kuchni Arkadiusza Zuchmańskiego. Rzeczony szef jest pierwszym Polakiem uhonorowanym gwiazdką w przewodniku Michelin. Co ciekawe z pominęciem tzw. wschodzącej gwiazdki.  Po francusku po prostu "chef étoilé"czyli "ugwiazdkowiony". Prowadzi własną restaurację Apicius w Clermond-Ferrand http://www.apicius-clermont.com/. O panu Zuchmańskim można znaleźć w sieci kilka artykułów w Kuchni , Polityce nie będę więc opisywała jego drogi na kulinarny Olimp.
Napiszę o tym co zrobiło na mnie największe wrażenie.
Jadąc na zdjęcia obawiałam się że stanę oko w oko z kulinarnym huraganem. Prawdopodobnie wynikało to z tego że kuchenne bebechy miałam okazje oglądać tylko w tak zwanych programach kulinarnych. I niby wiem jak to działa, że to musi być "szoł" ale jakoś nie skojarzyłam faktów. Myślałam że będę musiała chronić obiektywy patelnią. I co? I nic.
Nikt nie krzyczy. Nikt się nie miota. Wszyscy pracują w skupieniu. Słuchają, mówią dziękuję i proszę, wymieniają dyskretne żarty z kelnerami. Trochę tak jakby zajrzeć do wnętrza szwajcarskiego zegarka.
Po prostu klasa.

Ps. W sobotę podglądałam z obiektywem kolejną "gwiazdkową" kuchnię.
Jak na razie wszystko się potwierdziło. Nic nie latało w powietrzu. No, może poza boskimi aromatami.
   
Paris 2014 Ambassade de Pologne

Paris 2014 Ambassade de Pologne


Paris 2014 Manger

Paris 2014 Ambassade de Pologne

Paris 2014 Manger


Paris 2014 Ambassade de Pologne

Paris 2014 Ambassade de Pologne

Paris 2014 Ambassade de Pologne